ROK PO PREMIERZE CZARODZIEJÓW! PODSUMOWANIE! format autorski #2




Hej!

Długo się nie widzieliśmy! No bo wiesz, miałem dużo spraw na głowie i ciągle na wszystko nie starczało mi czasu, a niekiedy nawet i chęci. Też to znasz?   

O mój Boże, to już rok! Rok, jak premierę mieli "Czarodzieje Hateway"! To świetny czas na podsumowanie, wyciągnięcie wniosków i mocne ruszenie do przodu! To także rewelacyjna okazja na podziękowania, bo jest za co i są osoby, którym jestem to winien!  

Pytałeś, jak to jest wydać własną książkę? To rewelacyjne uczucie, pełne podekscytowania i dumy. Radości, a nawet euforii! Głupiego zacieszania się i wielogodzinnych rozmyśleń. Rozmarzania się i bujania w obłokach! A to zaledwie słodki smak tego przedsięwzięcia...  

Bo bywało również kwaśno, no i często gorzko. Zdecydowanie za często gorzko... ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana! Nieprawdaż?

Zacznijmy jednak od początku. Od napisania pierwszego słowa (2014 r.) do ukazania się czarodziei (2018 r.) upłynęła masa czasu. Bo to nieprawda, jak niektórym się wydaje, że rachu-ciachu i czekamy na honorarium. Podział był uczciwy (pół na pół), dwa lata zajęło mi napisanie książki, a dwa lata jej wydanie. Zapytasz, co było trudniejsze? Ja odpowiem Ci, nic nie było łatwe!  

"Czarodzieje Hateway", jakby nie było, są dla mnie bardzo ważną i osobistą książką, zresztą jak przystało na debiut. Bo w pierwszej kolejności zawsze czerpiemy z własnych doświadczeń, a także przeżyć i jest to zupełnie naturalne. Pewnie myślisz, że to nonsensowne wystawianie się na ostrzał!  Zgoda! Ale inaczej się nie da! Szczerość emocji i prawdziwość opisywanych uczuć są podstawą i unikalną wartością, na której dopiero można budować całą historię. Ja tak właśnie wyobrażam  sobie pisanie książek... naiwne? No może?!

Impulsem do stworzenia historii "Czarodziei Hateway" były trzy wydarzenia z mojego życia. Pierwsze, śmierć dziadka (2010 r.). Drugie, śmierć babci (2012 r.). Trzecie, sytuacja lat 2010-2013. O sytuacji lat 2010-2013 (mówiąc na razie enigmatycznie) napiszę na Bywalcu, obiecuję. Post powinien ukazać się jeszcze przed wakacjami, w ramach formatu tematów poważnych. Wiem, że jestem to winien wielu ludziom. Bo skoro powiedziałem A... nie mogę się już wycofać. Ale daj mi jeszcze trochę czasu, proszę. 

Nocami w domu, dniami w Książnicy Pomorskiej... tak właśnie powstawała ta historia. Dawała mi mnóstwo frajdy, zajmowało mnie totalnie. Z drugiej strony, nieraz męczyła i dostarczało niepoliczalnych wątpliwości. Nie tworzyłem jej z poczucia komfortu, wręcz przeciwnie.

Książka z początku nosiła tytuł "Klepisko nadziei". Bo przede wszystkim o nadziei pisałem. I z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że zmiana tego tytułu okazała się największym błędem, czego efektem było zaprojektowanie takiej, a nie innej okładki itd. Niemniej jednak rysunek jest bardzo ładny, mi szczególnie podoba się grafika "Mostu Porzuconych Żyć". A Ty, jak uważasz?



Zanim jednak książka pojawiła się w sprzedaży musiała przejść redakcję merytoryczną, redakcję autorską, redakcję językową, korektę pierwszą, korektę drugą, korektę trzecią, ostatnie czytanie , skład i jeszcze jedno "ostatnie czytanie", co działo się na przestrzeni dwóch lat. Jak widzisz, nieprawdą jest, że praca została odwalona po łebkach. Jestem z tego dumny, ponieważ w książce nie ma literówek, błędów językowych, błędów logicznych i innych niedociągnięć. Oczywiście, można mieć zarzuty, że  np. styl kiepski, fabuła absurdalna, bohaterowie nijacy... ale nie można powiedzieć, że tekst powieści nie był szlifowany. Może więcej nie dało się zrobić?  Może należało poświecić kolejny rok na pracę nad tekstem. Po raz setny przebudowywać jedną scenę? Ale czas, w którym należało skończyć poprawki, musiał w końcu nadejść.  


Jestem ogromnie wdzięczny mojemu wydawcy (Wydawnictwu Wieża Czarnoksiężnika), że tak ciężko, razem ze mną, pracował nad powieścią. Że wysłuchiwał moich pomysłów, że w miarę możliwości je realizował, że wykazywał się dużą cierpliwością względem mnie, co wcale do najłatwiejszych rzeczy nie należało.

Były chwile kryzysu, kiedy po raz któryś otrzymywałem tekst do poprawek. Kiedy to od dwudziestego czytania... mało, co nie porzygałem się. Niemal znałem słowo po słowie na pamięć,  choć muszę przyznać, że historia "Krainy Zagubionych Strapień" i mnie wielokrotnie przerastała (dzięki Bogu miałem notatki - kto był kim ogólnie i kto był kim na danym etapie w drodze do objęcia władzy nad KZS !!!).  

W końcu po ciężkiej pracy nadszedł moment premiery "Czarodziei Hateway" (28 lutego 2018 r.). Ku mojej uciesze pojawiło się wiele pozytywnych recenzji, budujących i podnoszących na duchu opinii.  





Jednak i ten medal (jak każdy inny, zresztą) miał dwie strony. Krytyka jest czymś nieuniknionym. Mam dwie opinie, które szczególnie mi się spodobały. 




Podejście do krytyki z humorem i z uśmiechem jest w cenie (i też nie ma co udawać, że krytyka w większości przypadkach nie jest od czapy). Jednak nie będę oszukiwał, że czasem... tak zwyczajnie po ludzku było mi przykro. Bo jak słyszałem/czytałem, że "Czarodzieje Hateway" to najgorsza książka roku, totalne dno, nieporozumienie wydawnicze, gniot dekady, "ok, debil to napisał, ale jaki debil musiał to dopiero wydać?" itd., było mi smutno i chyba każdemu byłoby smutno. To podcina skrzydła. Odechciewa się wtedy wszystkiego! Nie chce się dalej pisać, bo po co? Zastanawia się nad każdym słowem, bo może faktycznie tak jest!  Nie pamięta się iluś pozytywnych recenzji, tak jakby nie miały one żadnego znaczenia. Jest to kolejny cień wydania książki, na który nie da się przygotować. Po prostu trzeba się na niego uodpornić!

I wtedy nadchodzi moment, w którym otrzymałem list od czytelniczki… 

by bywalec życia

grafika od czytelniczki

Chwalę się tym listem na prawo i lewo! Cała krytyka odchodzi dla mnie w zapomnienie!  I wiem, że było warto! Wtedy, kiedy nie spałem, a pisałem. Wtedy, kiedy nie oglądałem Netflixa, a poprawiałem po raz setny jeden i ten sam fragment, tylko po to, aby w końcu go usunąć.  

Czasem miałem wrażenie, mówiąc znajomym o własnej książce, jakbym wymordował im pół rodziny. Albo co najmniej jakbym z honorarium autorskiego kupił sobie willę z basenem, wyspę na Bahamach oraz trzy jachty i do tego jakbym dostał statuetkę Nike. A ja tylko odważyłem się zapracować na swoje marzenie. Bo książki nie pisze się w jedno popołudnie, między obiadem a kolacją. Zawiodłem się na wielu ludziach, których uważałem za mi bliskich. I odwrotnie, wielu pozytywnie mnie zaskoczyło! Doskonale zdaje sobie sprawę, że na gówno (przepraszam za wyrażenie) komuś mój "autograf", ale to jest mega miłe, jak ktoś mnie o niego poprosił, chyba że jak ostatni idiota wypisałem dedykację, myląc czyjeś imię (a tak niestety zrobiłem!).

Moja przyjaciółka po piórze, chociaż poznaliśmy się w mniej epickich okolicznościach, napisała mi 74 genialne uwagi/pytania do książki. To musisz zobaczyć, choć dość gęsto mi się obrywa! I wydaję mi się, że całkiem słusznie! Wybacz jej tylko (sporadycznie!) wulgarny język, w końcu to była korespondencja prywatna, którą Ci udostępniłem! No oczywiście, że za jej zgodą!              



To by było na tyle! Odpisz, co myślisz! Koniecznie! Do zobaczenia,
Marek Bartłomiej Cabak

post w konwencji listu
 format autorski #2 
ROK PO PREMIERZE CZARODZIEJÓW! PODSUMOWANIE! format autorski #2 ROK PO PREMIERZE CZARODZIEJÓW! PODSUMOWANIE! format autorski #2 Reviewed by Marek Bartłomiej Cabak on lutego 19, 2019 Rating: 5
Obsługiwane przez usługę Blogger.